Staramy się nie zostawiać naszych futrzaków na dłużej niż to konieczne. Ba, mamy nawet wyrzuty sumienia, kiedy nie wracamy po pracy od razu do domu tylko szwendamy się po mieście i coś załatwiamy, a w domu jesteśmy później niż o 19 - bo nasze fretki są nauczone, że żarełko ląduje w miskach o 7 rano i potem o 19.
Jednak my, jak to my, powsinogi nie umiemy usiedzieć na miejscu. Tam, gdzie możemy, bierzemy zwierzaki ze sobą, ale czasami nie możemy - wtedy ratuje nas ciocia Jaga, która opiekuje się potworami wzorowo. Bywają też takie sytuacje, kiedy nie ma nas, a i ciocia ma swoje plany i futrzaki muszą zostać same. Granica to 36 godzin, tyle są w stanie przeżyć same. Przynajmniej chłopaki, Chwili jeszcze na tak długo z nimi nie zostawialiśmy. Aż do wczoraj.
Co się działo w domu - trudno stwierdzić, łatwo na pewno nie było, ponieważ po powrocie zastaliśmy (oczywiście wszystko ze szczerej tęsknoty - nie wiemy tylko za nami czy za mięsiwem):
stłuczoną szklankę, którą nieopatrznie zostawiłam na biurku - jak one się na biurko dostały to ich słodka tajemnica;
puste kuwety, ale za to wszystko, co powinno być w środku, było na zewnątrz, tuż obok - wiadomo w rozumieniu fretkowym metr od kuwety to nadal kuweta;
rozgrzebaną na pół kuchni suchą karmę - chyba szukały mięcha i coś kazało im kopać w misce z suchym w poszukiwaniu wołowinki;
a w łaziemce... potarganych 5 rolek papieru toaletowego - długiego, z potrójnymi warstwami - domyślamy się że milion kocyków i poduszek, które są wszędzie, nie wystarczyły im i umościć sobie musiały caluteńką podłogę w łazience.
Z wielką radością rzuciły się na nasze bagaże, świeże mięsko i na nas (dokładnie w tej kolejności) - a teraz gdzieś się pochowały i smacznie śpią.
2011-07-24
2011-07-20
Mission impossible - rozmrażanie lodówki z fretkami
Lodówce się już zbierało od jakiegoś czasu, tylko ciężko było znaleźć taki urywek czasu, żeby w zamrażalniku nie zalegały pudełka z jadłem dla potworów. W końcu się udało i machineria została odłączona od prądu, drzwi otwarte, półki wyciągnięte i umyte.
A wtedy się zaczęło.
Trzy pocieszne stwory wmaszerowały do zamrażalnika (który oczywiście zawsze je pociągał, bo przecież jest to Miejsce-Z-Którego-Jest-Jedzenie) i nijak nie dawały się z niego wyciągnąć - ani prośbą, ani groźbą. A to kładły się na pokrytych grubą warstwą lodu metalowych prętach (?), a to drapały lód, a potem ze zdziwieniem odkrywały że:
a) mają zimne łapki,
b) coś zimnego na nie spada,
c) nigdzie nie ma mięcha!
Oczywiście mimo tych przeciwności i zaskakujących odkryć nie podjęły decyzji o wycofaniu - wręcz przeciwnie, co jednego egzemplarza udało mi się spacyfikować jakąś łapówką, dwa pozostałe były nieprzekupne, jak w końcu i je udawało się namówić na cieplejsze miejsce, wracał ten pierwszy. I tak ciągle, ciągle i ciągle.
Poskutkowało zostawienie ich samym sobie - w końcu jeśli nikt nad nimi nie stoi, nie smęci i nie zrzędzi i jeśli wszystko wolno, a na dodatek jest zimno i mokro, to może lepiej przyjść do człowieka trochę się poprzytulać, osuszyć sierść, a potem zawinąć się gdzieś i spokojnie chrapać.
A tu dokumentacja filmowa z całego tego zamieszania:
A wtedy się zaczęło.
Trzy pocieszne stwory wmaszerowały do zamrażalnika (który oczywiście zawsze je pociągał, bo przecież jest to Miejsce-Z-Którego-Jest-Jedzenie) i nijak nie dawały się z niego wyciągnąć - ani prośbą, ani groźbą. A to kładły się na pokrytych grubą warstwą lodu metalowych prętach (?), a to drapały lód, a potem ze zdziwieniem odkrywały że:
a) mają zimne łapki,
b) coś zimnego na nie spada,
c) nigdzie nie ma mięcha!
Oczywiście mimo tych przeciwności i zaskakujących odkryć nie podjęły decyzji o wycofaniu - wręcz przeciwnie, co jednego egzemplarza udało mi się spacyfikować jakąś łapówką, dwa pozostałe były nieprzekupne, jak w końcu i je udawało się namówić na cieplejsze miejsce, wracał ten pierwszy. I tak ciągle, ciągle i ciągle.
Poskutkowało zostawienie ich samym sobie - w końcu jeśli nikt nad nimi nie stoi, nie smęci i nie zrzędzi i jeśli wszystko wolno, a na dodatek jest zimno i mokro, to może lepiej przyjść do człowieka trochę się poprzytulać, osuszyć sierść, a potem zawinąć się gdzieś i spokojnie chrapać.
A tu dokumentacja filmowa z całego tego zamieszania:
2011-07-05
Trzy fretki i człowiek. Wakacje.
Tak się tegorocznie poskładało, że wakacje spędziliśmy osobno. Znaczy się człowieki, bo zwierzaki przypadły w udziale mojej skromnej osobie, a to ze względu na to, iż mój wyjazd był krótszy, pobyt bliżej od miejsca zamieszkania i warunki już znane, a domek zarezerwowany na pobyt z futrzakami.
Plan wyjazdu , który sobie umyśliłam, był genialny w swej prostocie. Pobudka o 7 rano, dokończenie pakowania akcesoriów fretkowych, zniesienie wszystkiego do autka, poranna przebieżka z fretami, zmęczenie ich tą przebieżką, spokojna podróż w rejony Międzyrzecza. Plan pokrzyżowała wstrętna pogoda, a raczej jej przedstawicielka w postaci mega nawałnicy, która przeszła nad Wrockiem (tak myślałam, nie potwierdził tego jednak kolega, z którym jechałam, nawałnica przeszła bezczelnie tylko nad naszym osiedlem). Spać przed podróżą maluchom nie dałam, patrzyliśmy przez balkon na padające krople, a futrzaki z całych sił starały się przesadzać w kwiatki na balkonie, w czym ja im notorycznie przeszkadzałam. W końcu się spakowaliśmy i pojechaliśmy.
Podróż na szczęście minęła bez większych ekscesów, maluchy siedziały/spały/rozciągały się w kontenerkach - oczywiście po przyjeździe należało kontenerki dokładnie wyczyścić, ale było to wliczone w koszty podróży.
Urlop miałam dość intensywny, zatem maluchy podobnie intensywnie go przeżywały.
Już o czwartej rano jakiś egzemplarz przebiegał mi po twarzy, albo gryzł mnie (delikatnie) w ucho, albo szamotał się z moimi włosami. Ja się budziłam, a wtedy one grzecznie ładowały się:
numer 1 - na kołdrze w zgięciu kolan
numer 2 - właził do poszwy i gdzieś się mościł
numer 3 - układał się na włosach albo tuż obok mego krzyża.
Spaliście kiedyś tak unieruchomieni? Nie polecam, żadne to spanie, choć fretom pasowało jak ulał, bo przesypiały tak ze 2 godz. czego o mnie powiedzieć nie można.
Przed ósmą w ich miskach lądowało mięcho (o ile wcześniej wyjęłam je z lodówy, która chłodziła cała niczym zamrażarka), sama szłam na śniadanie. Po śniadaniu zapinałam szelki i szliśmy na poranny spacerek, nigdy z całą trójką, zwykle któreś zwierzę marudziło. Potem miały dzień dla siebie, a ja pod wodę. Dopiero wieczorem na nowo się spotykaliśmy - mięcho do misek i wieczorny dłuuuuugi spacer.
Zasypialiśmy razem - frety właziły pod kołdrę, albo leżały na niej, albo pod kocyk tuż obok. I tak smacznie spaliśmy do czwartej :)
UPDATE 1
Ostatniego dnia Chwila wystąpiła w roli chodzącego patyka. A było to tak:
Na kurs przyjechał Norbert z dwoma (a raczej dwiema) border colie. Psiaki szalały aż miło, aportowały, skakały, patrzyły na człowieka i kijek, na kijek i na człowieka, aż się w końcu któryś zlitował. Obrazek był tym bardziej pocieszny, że za rzuconym kijkiem biegły obie panny, ale tylko starsza go przynosiła i kładła, spojrzenie a la kot ze Shreka zostawiała młodszej. Aż tu nagle pojawiam się ja i fretka. Starsza sunia udaje, że nic jej nie obchodzimy i ona teraz-będzie-spoglądać-na-nurkującego-pana, a za to młodsza dała pełen popis. Nie wiedziała czy to zwierz, czy może kijek, ale skoro kijek to dlaczego ucieka, na wszelki wypadek ona też ucieknie. Albo nie, przybiegnie i zamerda ogonem. Alboooo może zaszczeka i pogoni trochę ten chodzący kijek. Chwila najpierw się stresowała, naszczotkowała ogon i zwiała pod łódkę, a potem drażniła psinę uciekając jej sprzed nosa. Obie dziewczyny - muszę przyznać - zachowywały od siebie bezpieczny dystans, choć oczywiście pod ciągłym nadzorem.
UPDATE 2
Foto - dużo ludzi i dużo fretów. Okazało się, że nasi Muszkieterowie, to potężne potwory, nawet Chwila, która wydawała nam się filigranową malutką fretunią. Hmmm, co my im robimy ;)
Plan wyjazdu , który sobie umyśliłam, był genialny w swej prostocie. Pobudka o 7 rano, dokończenie pakowania akcesoriów fretkowych, zniesienie wszystkiego do autka, poranna przebieżka z fretami, zmęczenie ich tą przebieżką, spokojna podróż w rejony Międzyrzecza. Plan pokrzyżowała wstrętna pogoda, a raczej jej przedstawicielka w postaci mega nawałnicy, która przeszła nad Wrockiem (tak myślałam, nie potwierdził tego jednak kolega, z którym jechałam, nawałnica przeszła bezczelnie tylko nad naszym osiedlem). Spać przed podróżą maluchom nie dałam, patrzyliśmy przez balkon na padające krople, a futrzaki z całych sił starały się przesadzać w kwiatki na balkonie, w czym ja im notorycznie przeszkadzałam. W końcu się spakowaliśmy i pojechaliśmy.
Podróż na szczęście minęła bez większych ekscesów, maluchy siedziały/spały/rozciągały się w kontenerkach - oczywiście po przyjeździe należało kontenerki dokładnie wyczyścić, ale było to wliczone w koszty podróży.
Urlop miałam dość intensywny, zatem maluchy podobnie intensywnie go przeżywały.
Już o czwartej rano jakiś egzemplarz przebiegał mi po twarzy, albo gryzł mnie (delikatnie) w ucho, albo szamotał się z moimi włosami. Ja się budziłam, a wtedy one grzecznie ładowały się:
numer 1 - na kołdrze w zgięciu kolan
numer 2 - właził do poszwy i gdzieś się mościł
numer 3 - układał się na włosach albo tuż obok mego krzyża.
Spaliście kiedyś tak unieruchomieni? Nie polecam, żadne to spanie, choć fretom pasowało jak ulał, bo przesypiały tak ze 2 godz. czego o mnie powiedzieć nie można.
Przed ósmą w ich miskach lądowało mięcho (o ile wcześniej wyjęłam je z lodówy, która chłodziła cała niczym zamrażarka), sama szłam na śniadanie. Po śniadaniu zapinałam szelki i szliśmy na poranny spacerek, nigdy z całą trójką, zwykle któreś zwierzę marudziło. Potem miały dzień dla siebie, a ja pod wodę. Dopiero wieczorem na nowo się spotykaliśmy - mięcho do misek i wieczorny dłuuuuugi spacer.
Zasypialiśmy razem - frety właziły pod kołdrę, albo leżały na niej, albo pod kocyk tuż obok. I tak smacznie spaliśmy do czwartej :)
UPDATE 1
Ostatniego dnia Chwila wystąpiła w roli chodzącego patyka. A było to tak:
Na kurs przyjechał Norbert z dwoma (a raczej dwiema) border colie. Psiaki szalały aż miło, aportowały, skakały, patrzyły na człowieka i kijek, na kijek i na człowieka, aż się w końcu któryś zlitował. Obrazek był tym bardziej pocieszny, że za rzuconym kijkiem biegły obie panny, ale tylko starsza go przynosiła i kładła, spojrzenie a la kot ze Shreka zostawiała młodszej. Aż tu nagle pojawiam się ja i fretka. Starsza sunia udaje, że nic jej nie obchodzimy i ona teraz-będzie-spoglądać-na-nurkującego-pana, a za to młodsza dała pełen popis. Nie wiedziała czy to zwierz, czy może kijek, ale skoro kijek to dlaczego ucieka, na wszelki wypadek ona też ucieknie. Albo nie, przybiegnie i zamerda ogonem. Alboooo może zaszczeka i pogoni trochę ten chodzący kijek. Chwila najpierw się stresowała, naszczotkowała ogon i zwiała pod łódkę, a potem drażniła psinę uciekając jej sprzed nosa. Obie dziewczyny - muszę przyznać - zachowywały od siebie bezpieczny dystans, choć oczywiście pod ciągłym nadzorem.
UPDATE 2
Foto - dużo ludzi i dużo fretów. Okazało się, że nasi Muszkieterowie, to potężne potwory, nawet Chwila, która wydawała nam się filigranową malutką fretunią. Hmmm, co my im robimy ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)